W świecie, gdzie modne są elektryczne SUV-y, minimalistyczne kokpity i samochody, które same parkują, Lexus LFA jest jak rockandrollowiec wśród chłodnych DJ-ów techno. Ten superauto z Japonii to nie tylko techniczne arcydzieło, ale też pojazd z duszą, który nie wstydzi się ryczeć jak lew po doppio espresso. Choć jego produkcja zakończyła się ponad dekadę temu, to nadal rozbudza emocje wśród fanów motoryzacji i kolekcjonerów, gotowych sprzedać nerkę, by tylko dorwać się do jednej z 500 wyprodukowanych sztuk.
Silnik, który brzmi jak F1… a może lepiej?
Już sam dźwięk Lexusa LFA zasługuje na osobny rozdział w muzycznej historii świata – ten samochód śpiewa. Pod maską drzemie 4,8-litrowy, wolnossący silnik V10, który kręci się do zawrotnych 9000 obr./min, a nawet powyżej. Współtworzony z pomocą Yamahy (tak, tej od fortepianów i motocykli), został skalibrowany tak, by wydawał dźwięk przypominający bolid Formuły 1 z lat 90. Efekt? Symfonia dla uszu petrolheadów. Przyspieszenie do 100 km/h zajmuje mu tylko 3,7 sekundy, a prędkość maksymalna to ponad 325 km/h. I nie, to nie podkoloryzowane dane — to fakty, które powodują, że nawet Ferrari zerka zazdrośnie przez lusterko.
Stylistyka: Origami na sterydach
Patrząc na Lexusa LFA można odnieść wrażenie, że japońscy inżynierowie postanowili złożyć auto z karbonowego origami, a następnie dali mu porządnego kopa stylu. Design zdecydowanie nie jest „na czasie” – i całe szczęście. Ostro ciosane linie, agresywny przód i charakterystyczne potrójne końcówki wydechu – to wszystko sprawia, że ten wóz wygląda jak samuraj z turbo-dopalaczem. Co najlepsze, 65% nadwozia wykonano z włókna węglowego, co pozwoliło zredukować masę do 1480 kg. Szybki, lekki i piekielnie zwinny – czyli wszystko, czego potrzebujesz, żeby przenieść się w stan Zen przy 300 km/h.
Wnętrze – luksusowa kapsuła czasu
Zaglądając do środka LFA, widać, że Lexus zadbał o to, by kierowca poczuł się jak pilot myśliwca… tylko bardziej wygodnie. Nie ma tu dotykowych ekranów rodem z Tesli ani sterowania gestami, które działa raz na pięć prób. Zamiast tego – klasyczne zegary, sportowa kierownica i materiały z najwyższej półki. Fotele kubełkowe obszyte alcantarą wprost proszą, by wcisnąć się głęboko i dać się ponieść emocjom. Ale z umiarem – w końcu wsiadanie i wysiadanie z LFA przypomina nieco jogę dla zaawansowanych.
Cena? Droższy niż twój dom (i sąsiedzi też)
Kiedy Lexus LFA debiutował w 2010 roku, jego cena wynosiła około 375 000 dolarów. Wtedy wiele osób łapało się za głowę, twierdząc, że Japończycy zwariowali. Dziś ci sami ludzie pewnie biją się w pierś. W 2024 roku cena używanego LFA na aukcjach oscyluje między 800 000 a nawet 1,6 miliona dolarów. Wersje Nürburgring Edition – jeszcze rzadsze i bardziej dopieszczone – potrafią przekroczyć te kwoty. LFA to obecnie nie tylko auto, ale inwestycja ze zwrotem lepszym niż niejeden fundusz emerytalny.
Opinie? Chwalony nawet przez Jeremy’ego Clarksona
Mówią, że gust to sprawa subiektywna, ale kiedy taki twardziel jak Jeremy Clarkson mówi: „To jeden z najlepszych samochodów, jakie kiedykolwiek powstały” – trudno przejść obok tego obojętnie. Lexus LFA zebrał pochwały za precyzję prowadzenia, dźwięk i ogólną jakość wykonania. Chociaż nie każdy miał okazję nim jeździć, wielu uważa go za duchowego spadkobiercę japońskich klasyków, takich jak Toyota Supra MK IV czy Honda NSX. Tylko że o dwa levele wyżej.
W czasach, gdy auta coraz częściej zaczynają przypominać tablety na kołach, Lexus LFA udowadnia, że motoryzacja to nie tylko technologia, ale też emocje, pasja i czyste szaleństwo ukryte pod maską. To auto, które miażdży nudę, a jego brzmienie budzi sąsiadów i serca fanów. LFA nie jest autem dla każdego, ale jeśli masz okazję choć raz wsiąść za jego kierownicę – nie zastanawiaj się ani chwili.
Przeczytaj więcej na: https://planetafaceta.pl/lexus-lfa-supersamochod-utrzymany-w-starym-dobrym-stylu/.